Gry video z dzieckiem – niszczymy czas czy budujemy więź?
Technologia

Gry video z dzieckiem – niszczymy czas czy budujemy więź?

4 min czytania 712 słów Technologia

Przez lata patrzyłem na gry video jak na wroga rodziny. Potem pewnego wieczoru usiadłem z synem przy padzie i coś mnie zaskoczyło. Może te gry to nie jest problem – może problemem jest to, jak na nie patrzymy.

Byłem tym tatą, który zakazywał

Pamiętam, jak Kacper miał osiem lat i dosłownie błagał mnie, żebym zagrał z nim w Minecrafta. Ja – człowiek, który dorastał na Commodore 64 i Atari – machałem ręką i mówiłem: „Idź lepiej pobiegaj na dworze". Czułem się przy tym bardzo odpowiedzialnym rodzicem. Dzisiaj wiem, że byłem po prostu leniwy i zamknięty na coś, czego nie rozumiałem.

Bo gry video to nie jest telewizja, którą dziecko oglądało samo w kącie. To interaktywny świat, który może być – i tu mówię z własnego doświadczenia – jednym z najlepszych mostów między tatą a dzieckiem. Pod jednym warunkiem: że tata raczy przy tym usiąść.

Co się stało, gdy w końcu usiadłem

Pewnego deszczowego piątku, kiedy nie było już wymówki w postaci „chodźmy na rower", Kacper postawił mi przed nosem pada i powiedział: „To jest łatwe, tato, dasz radę". Skłamię, jeśli powiem, że od razu wszystko rozumiałem. Zginąłem chyba trzynaście razy w ciągu dwudziestu minut, a syn chichotał przy tym tak, że miał łzy w oczach.

Ale coś się wtedy wydarzyło. On mnie uczył. On, ośmiolatek, tłumaczył tatusiowi, jak się wspina na górę i czego unikać. Widziałem w jego oczach coś, czego rzadko się widzi – poczucie kompetencji i dumy. Że to on jest ekspertem, a ja jestem uczniem. To jest niesamowite uczucie dla dziecka i, szczerze mówiąc, całkiem odświeżające dla taty.

Realne zagrożenia – bo one istnieją, nie ma co udawać

Nie zamierzam ci sprzedawać obrazka, w którym gry są cudowne i wszystko gra. Bo są prawdziwe ryzyka i warto je nazywać wprost:

  • Czas bez kontroli. Dziecko potrafi wsiąknąć na cztery godziny i zupełnie stracić poczucie czasu. To nie jest wina gry – to jest wina braku zasad w domu.
  • Nieodpowiednie treści. System oznaczeń PEGI istnieje i naprawdę działa – tylko trzeba go używać. Gra z oznaczeniem 18+ to nie jest coś dla ośmiolatka, koniec dyskusji.
  • Gry online i obcy ludzie. Multiplayer to świetna zabawa, ale dziecko musi wiedzieć, żeby nie podawać danych personalnych i że tata może w każdej chwili zajrzeć na ekran.
  • Zastępowanie innych aktywności. Jeśli gra zaczyna wypierać ruch, sen i rozmowy przy kolacji – to czerwona lampka. Ale to problem granic, nie samych gier.

Jak to robić mądrze – kilka rzeczy, które u nas działają

Nie jestem ekspertem od wychowania. Jestem tatą, który metodą prób i błędów wypracował kilka zasad, które naprawdę działają w naszym domu:

  • Ustal zasady razem z dzieckiem. Nie dekretuj z góry. Zapytaj: „Ile czasu dziennie na gry byłoby fair?" – będziesz zaskoczony, jak rozsądne potrafią być dzieci, kiedy się je traktuje poważnie.
  • Graj razem regularnie. Nawet pół godziny w tygodniu, kiedy naprawdę jesteś obecny – bez telefonu, bez jednego oka na mecz w tle – robi ogromną różnicę.
  • Pytaj o gry, nie tylko je toleruj. „Co dzisiaj budujesz w tym Minecrafcie?" to zdanie, które otwiera rozmowę na dwadzieścia minut. Spróbuj.
  • Sprawdzaj, w co gra, zanim się zgodzisz. Pięć minut na sprawdzenie recenzji i oceny PEGI to nie jest dużo. Tyle co kubek kawy.
  • Nie używaj gier jako kary ani nagrody. To niszczy zdrową relację z rozrywką i robi z pada walutę, o którą się ciągle negocjuje.

Gry, które naprawdę polecam do grania razem

Jeśli nie wiesz od czego zacząć, zacznij od gier kooperacyjnych – takich, w których gracze grają razem przeciwko grze, a nie przeciwko sobie. U nas sprawdziły się Minecraft, Rayman Legends i It Takes Two (ta ostatnia jest dla trochę starszych dzieci, ale jest absolutnie genialna). Śmiech gwarantowany, frustracja gwarantowana, wspomnienia – też.

Gry to tylko narzędzie

Nóż w kuchni może posłużyć do zrobienia kolacji albo do skrzywdzenia się – i nikt nie zakazuje noży. Gry video działają tak samo. To narzędzie, które w rękach zaangażowanego taty może być prawdziwą skarbnicą wspólnych momentów, wewnętrznych żartów, które będziecie wspominać za dwadzieścia lat, i lekcji – cierpliwości, strategicznego myślenia, współpracy.

Ja żałuję, że tyle lat zmarnowałem na machanie ręką. Na szczęście Kacper nadal chce grać z tatą – i to jest chyba najlepszy dowód na to, że nigdy nie jest za późno, żeby usiąść przy padzie.

A Ty jak to masz u siebie? Grasz z dzieckiem, czy gry to w waszym domu temat zapalny? Napisz w komentarzu – chętnie porozmawiam, szczególnie jeśli masz patent na wspólną grę, która nie kończy się awanturą o to, kto przegrywa. 😄

← Wróć do bloga