Tata, który czuje za dużo. O lęku zanim coś się stanie
Emocje

Tata, który czuje za dużo. O lęku zanim coś się stanie

4 min czytania 749 słów Emocje

Nie panikuję. Nie jestem nadopiekuńczy. Ale czasem wychodzę z synem na rower i zanim wyjadę z podwórka, już widzę w głowie jak spada. Skąd to się bierze i czy da się z tym żyć — bez zwariowania?

To nie jest panika. To coś cichszego i bardziej lepkiego.

Rano odprowadzam syna do szkoły. Normalny wtorek, chodnik, plecak, on gada o jakimś Pokemonie którego dostał wczoraj. Wszystko jest dobrze. A ja w połowie drogi łapię się na tym, że już myślę: a co jeśli dziś będzie jakiś wypadek na przerwie? A co jeśli ten starszy chłopak znowu będzie się z kogoś śmiał? A co jeśli...? I tak dalej. Zanim wróciłem do domu, zdążyłem w głowie przeżyć ze trzy scenariusze których jeszcze nie było.

To się nazywa lęk antycypacyjny. Nie znałem tej nazwy przez długie lata, bo nie wyglądało to jak lęk. Nikt nie myślałby patrząc na mnie: "o, ten facet się boi". Ja po prostu... przewiduję. Czuję. Mam taką ciągłą, cichą czujność, która działa jak radar. I najgorsze jest to, że czasem ten radar ma rację — i wtedy jest jeszcze gorzej, bo zaczynam mu ufać bardziej.

2026 rok, nowy trend, stary strach

W świecie parentingowym mówi się teraz dużo o ojcu jako figurze emocjonalnej — nie tylko tym od naprawiania rowerów i zarabiania, ale od bycia obecnym, czującym, regulującym emocje. To dobry kierunek. Naprawdę. Ale nikt za bardzo nie mówi o tym, że ojciec, który zaczął czuć więcej — zaczyna się też bać więcej. I że to bywa przytłaczające.

Moja córka ma cztery lata. W weekend wchodzi na każde możliwe podwyższenie w promieniu pięciu metrów. Krzesło, parapet, fotel, ramię kanapy. Ja siedzę i staram się oddychać spokojnie, ale w środku mam już obliczone że jak spadnie, to pod tym kątem może uderzyć głową w kant stolika. Nie mówię tego jej. Nie krzyczę. Ale myślę to i moje ciało reaguje jakby to już się działo.

Skąd to się bierze u tatusiów?

Przez długi czas myślałem że to cecha charakteru — taka nadmierna ostrożność, może trochę neurotyczność. Ale rozmawiałem z kilkoma tatusiami z mojego otoczenia i okazuje się, że to wcale nie jest takie rzadkie. Szczególnie u nas — u tych, którzy naprawdę weszli w ojcostwo całym sobą. Im bardziej kochasz, tym więcej masz do stracenia. I mózg o tym doskonale wie.

  • Zaczynasz widzieć zagrożenia których inni nie dostrzegają — i często masz rację, ale to cię nie cieszy
  • Twój spokój na zewnątrz nie odpowiada temu co czujesz w środku — dzieci widzą spokojnego tatę, a ty w środku masz burzę
  • Po dobrym dniu czekasz na zły — bo "nie może być tak dobrze, coś musi się wydarzyć"
  • Wieczory od 17:00 są najlepsze i najtrudniejsze jednocześnie — dzieci w domu, bezpieczne, ale to też moment kiedy analizujesz cały dzień i szukasz co mogło pójść nie tak

Co mi pomaga — konkretnie, bez coachingu

Nie powiem ci żebyś "oddychał świadomie" i "był tu i teraz", bo sam nie znoszę takich rad bez kontekstu. Powiem ci co u mnie działa, przynajmniej trochę.

Po pierwsze — nazywam to dzieciom, ale bez dramatyzowania. Córka wchodzi na kanapę, ja mówię: "Tato trochę się boi że spadniesz, więc stań tutaj bliżej mnie." Nie "ZEJDŹ NATYCHMIAST". Nie chcę żeby mój lęk był jej lękiem. Ale nie udaję też że go nie ma.

Po drugie — gram w Lego i w gry z synem wieczorami i to jest mój reset. Serio. Kiedy składamy jakiś zestaw albo gramy razem w coś na konsoli, mój mózg ma konkretne zadanie. Nie ma kiedy przewidywać katastrof. To brzmi banalnie ale działa lepiej niż niejedna technika relaksacyjna.

Po trzecie — rozmawiałem z żoną o tym wprost. Nie jako problem do rozwiązania, ale jako informacja: "Wiesz, ja tak mam. Czasem się o nich boję bez powodu." I samo to powiedzieniu tego na głos robi różnicę.

Dobry tata nie musi być tatą bez lęku

To jest może najważniejsza rzecz jaką sobie ostatnio powtarzam. Trend mówi że mamy być emocjonalnie obecni. Okej, jestem. Ale bycie emocjonalnie obecnym oznacza też bycie obecnym ze swoimi emocjami — nie tylko z cudzymi. I mój lęk jest częścią mnie. Nie wstydzę się go. Staram się tylko żeby nie zarządzał całym domem.

Wczoraj w sobotę pojechaliśmy razem na rower, syn i ja. Normalna trasa, znajoma ulica. W połowie drogi zauważyłem że... po prostu jadę. Patrzę jak on jedzie przede mną, słyszę jak mówi coś o tym który Pokemon jest najlepszy do walki i ja po prostu jestem tam. Bez scenariuszy. Przez może dwadzieścia minut.

To było naprawdę dobre.

A Ty? Też zdarza Ci się "wiedzieć" że coś się wydarzy zanim się wydarzy? Albo bać się w ciszy, żeby dzieci nie widziały? Napisz w komentarzu — ciekaw jestem czy to tylko moja przypadłość, czy jednak jest nas więcej.

← Wróć do bloga